Gratulujemy wszystkim uczestnikom VII Ogólnopolskiego Konkursu Malarskiego im. Leona Wyczółkowskiego!
Szczególne wyróżnienia dla laureatów.
Hubert Dolinkiewicz

Edyta Kowalewska
.jpg)
Andrzej Bembenek
.jpg)
Arkadiusz Karapuda

Aliaksandr Nekrashevich
.jpg)
.jpg)
Nasta Pilipchuk
.jpg)
Robert Bubel
.jpg)
Kamila Gruszecka
.jpg)
Sebastian Ścigalski
.jpg)
Piotr Tymochowicz
.jpg)
Czy w ogóle jest sens przyznawania nagród w czasach, gdy sztuka współczesna konfrontuje nas nie z kanonem, ale z naszą własną wolnością? I to z wolnością najczęściej zagubioną, zmanipulowaną, zabsolutyzowaną, wyabstrahowaną. Egoistyczną. A przecież miało chodzić o wolność odpowiedzialną, myślącą, kreatywną. Podtrzymującą nadzieję, że sztuka niesie od wieków moc wyczarowywania chwil, przelotnych sytuacji przełamujących obojętność świata. I że sztuka odnajduje zaskakujące punkty widzenia, z których można dostrzec cud istnienia, a nawet piękno, szlachetność, inteligencję; choćby za cenę symbolizacji czy wręcz iluzji. Z drugiej strony, wielu ludzi żywi przekonanie, że sztuka ma właśnie demaskować okrucieństwo i niesprawiedliwość kryjące się za maską obojętności świata i jego przypadkowości. Moim skromnym zdaniem demaskowanie oczywistości nie ma wszakże sensu.
Rzecz jasna nagrody Konkursu im. L. Wyczółkowskiego zostały ustalone w toku długiej dyskusji. Zapewne każdy z jurorów samodzielnie inaczej by je rozstrzygnął, ale pluralizm ma swoje prawa i zestaw ten stanowi wypadkową naszych odmiennych postaw, preferencji, jak i nastrojów (!), jednakże – i podkreślam to z całą mocą – podporządkowanych wartości nadrzędnej, czyli jakości artystycznej. Co wcale nie jest takie oczywiste w czasach, gdy ze „słusznych, ważnych i aktualnych powodów” jakości te ulegają nieustannym redefinicjom. A w imię „postępu i wolność” podlegają także oddefiniowywaniu, bo przecież „każdy ma prawo być dziś artystą”…
Postanowiliśmy nagradzać nie postawy, nie style, konwencje, strategie ani nawet osobowości, ale poszczególne prace. Bo istotne jest każdorazowe osiąganie jakości artystycznej. A jeśli szukać jakiegoś wspólnego „istotnego” zagadnienia prezentowanych prac, to chyba mogłoby być nim pytanie o formę, o sposób istnienia określoności i jej nie/stabilności. O pogranicza bez/foremności. O to, jak wydobyć się z fragmentarycznej przelotnej sytuacyjności.
Pierwszą nagrodę uzyskał obraz Pejzaż metafizyczny 1/26 Huberta Dolinkiewicza. Po prostu za rzetelne malarstwo. Świat „płynący”. Nawet skały i drzewa okazują się tu strumieniami drobnych form, które na moment zespoliły swój kształt. Lecz ta płynność poddana została schematyzacji, statycznym układom płaszczyzn, rytmom, symetryzacjom, zrównoważonym kierunkom, a tylko po to, by je zaburzyć białym piórkiem (ja to tak odczytuję). I ciekawe w tym obrazie jest właśnie nakładanie się, jednoczesność różnych matryc wizualności, tworzących pozornie (!) jedynie estetyczną elegancję. Która z kolei wprowadza niepostrzeżenie w nastrój poetyzacji, w rodzaj „realizmu magicznego”. A dlaczegóż by nie? Dlaczego tajemniczość/przypadkowość świata ma być wizualizowana wulgarnością i obsceną?
Drugą nagrodę uzyskał dyptyk Edyty Kowalewskiej Bez tytułu (z cyklu Syrop). Praca ta sytuuje się w perspektywie tradycji awangardowej metarefleksji – namysłu i eksperymentu. Próbuje odpowiedzieć na pytanie: jak może wyglądać malarstwo w czasie dzisiejszego krachu tradycyjnej formy. Pojawiają się tu zatem nieomal śladowe formowania – szwy, „blizny”, które niczego nie zszywają (choć być może coś spoza obrazu?), drobne zabarwienia, nacieki, plamy, które niekiedy natężają się do sugestii cieniowania, modelowania jak strzępy renesansowego chiaroscuro. Zanika tu kontrast, a nasila zagubienie w anestetycznym tym-samym. Spotęgowane jest to również nieregularnym kształtem blejtramów, które wyglądają jak puzzle nie/istniejącej układanki. Znamienny tytuł cyklu Syrop także wchodzi w dialog z dominującymi dziś zagadnieniami płynności, plastyczności (Catherine Malabou), glancingu, morfingu – zatraty realności świata czy poszukiwania innych form postrzegania i pojmowania? Ta nierozstrzygalna dwuznaczność pozostaje siłą tych prac.
Trzecią nagrodę dostał obraz Zabierz mnie stąd Andrzeja Bembenka. W pracy tej zdarzyło się niezwykle rzadko spotykane w sztuce (jak i w twórczości autora) wyważenie siły gestu i konstrukcji. Emocji, ekspresji i projekcji, namysłu. Ich zatargu i komplementarności. Forma istnieje jako powstająca/zanikająca. Klasyczna malarska opozycja figury i tła podlega tu odwróceniu, gdyż przedstawiony kształt konia wchodzi w otchłań szarości, dzięki czemu to ona nabiera realności. Tło nie jest już tylko nie-formą, ale właśnie inną formą, innym sposobem istnienia. Obraz wychodzi od płaskości, od performatywnego śladu gestu i kreuje głębię, oddech, realność tajemnicy. W dzisiejszych czasach bezdechu i potęgowanego agresywnego banału to doprawdy dużo. Oczywiście ważny jest tu także nastrój, desperacja osamotnienia. I nasycona metaforycznie figura konia, począwszy od Pegaza i konia trojańskiego po konia dla Henryka III. Skojarzenia zlewają się w tęsknotę za innym światem, w „nadzieję radykalną” (Jonathan Lear), której nie sposób nawet sobie wyobrazić. Która musi pozostać mglistą tajemnicą.
Najkrócej mówiąc: przyznane nagrody manifestują przekonanie jury, że jakość artystyczna tworzona jest przez rzetelność, wnikliwość i poetyzację, no i jednak talent. Oczywiście należy pamiętać, że sztuka jest najwspanialszą rzeczą na świecie i sama możliwość bycia prawdziwie twórczym artystą jest największą nagrodą. W każdym razie głosy o rychłej śmierci malarstwa okazują się przedwczesne, bo może jednak ono dopiero się rozpędza?…
Sławomir Marzec
.jpg)